RSS
 

Apel w kampanii nienawiści: ludzie nie mordujcie PiS-u!

19 paź

- Chciałem zabić Kaczyńskiego, tylko za małą broń miałem – tak mówił 62-letni starszy pan zatrzymany dzisiaj przez policję za zabójstwo i próbę zabójstwa w łódzkiej siedzibie PiS-u. Prawdopodobnie był to zamach na tle politycznym.

Różnice polityczne w demokratycznym państwie są czymś normalnym i oczywistym. Jednak kiedy obywatele zaczynają mordować się wzajemnie ze względu za te różnice, to już tak normalnie nie jest.

Nie będę opisywać zdarzenia, bo po pierwsze ani ze mnie policjant, ani dziennikarz, a po drugie z pewnością z wielką ochotą zabiorą się do tego stacje telewizyjne, radiowe itd., a strona polityczna też nie da o sprawie zapomnieć.

Skoncentruję się bardziej na tym: dlaczego nie da zapomnieć? To akurat rzecz oczywista. Wcale nie chodzi o to, że ta tragedia powinna nas, jako społeczeństwo czy klasę polityczną, czegoś nauczyć. Ani nawet nie o to, aby uczcić pamięć człowieka, który zginął.

62-letni mężczyzna wszedł do biura PiS z zamiarem zabicia. Udało mu się. A najgorsze jest to, że teraz w sztabach, klubach i gdzie tam chcecie trwa intensywna burza mózgów pt. Jak to wykorzystać? Kampania przecież idzie pełną parą, a jeśli ktoś liczył na merytoryczny spór to się przeliczy.

Po co dyskutować o sprawach podatków, dróg, środków unijnych, jak wiadomo, że największy wpływ na opinię publiczną mają emocje. Opinia publiczna to dość nierozważny (żeby nie powiedzieć głupi) twór. Zmienia się w zależności od tego jak powieje wiatr.

Cóż z tego, że premier apelował o wygaszanie atmosfery konfliktu, „tragiczny zamach” odmienił przez wszystkie przypadki. Mówił żeby odłożyć na bok polityczne emocje, a nawet nakłaniał tzw. „liderów opinii publicznej” do głoszenia, że był to jednostkowy przypadek, a nie reguła.

Ktokolwiek z zacięciem marketingowym myśli teraz to samo: to się nie sprzeda. Lepsza, bardziej medialna jest kampania nienawiści. Nawet sam tytuł brzmi elektryzująco. A jeśli dodać, że prezes PiS został osłonięty (prawie robi tu wielką różnicę) przez swojego działacza własną piersią, to już w ogóle brzmi wzniośle.

Na barykady, jest wspólny wróg. Kto? – pytają tylko kompletnie niezorientowani. Wystarczyło posłuchać przemówienia prezesa. Przecież wiadomo, że kampania nienawiści rozpoczęła się od moherowych beretów Tuska i nagonki mediów. Cokolwiek teraz powiedzą, to będzie to jej kontynuacja.

Okazuje się, że wataha zostanie wyrżnięta, a krytykować już nikogo nie wolno ponieważ to nawoływanie do morderstw. Kto by sobie zawracał głowę pochodniami, to było dawno. Kto by patrzył na demonstracje, przecież im przewodniczy krzyż, więc jest jak najbardziej po chrześcijańsku. Aż w końcu zginął człowiek.

Za to politycy PO mówią, żeby nie działać na emocje, co dowodzi, że albo nie znają się na manipulacji politycznej, albo znają się aż za dobrze. Nawet dziecko, które w kwietniu (katastrofa) i lipcu (wybory) raz włączyło telewizor wie, kto na tym zyska, a kto straci.

Okrutnie jest traktować życie człowieka jak przedmiot, na którym można coś ugrać. Wywoływać zamęt tylko po to, aby zdobyć władzę. Ciśnie się na usta określenie obecne parę miesięcy temu w mediach o nekrofilii politycznej.

Co innego jest działać pod wpływem chwili, a co innego płynąć na fali, kalkulować na zimno, czy nastroje się utrzymają do kolejnych wyborów i jak je podsycić. To pierwsze jest dość prawdopodobne.

Nie ważne jakim kosztem, w jaki sposób, przecież wyborcom nie chce się zajrzeć do gazety, włączyć telewizora i zastanowić chwilę nad rzeczywistością szerszą niż mury własnego mieszkania. Wystarczy im tylko to, co przeczytają w „Fakcie” kupionym bo news był. Parę pikantnych wypowiedzi, kropla współczucia i gotowe. Recepta na sukces.

Wszystko to jest jeszcze bardziej obrzydliwe ze względu na świętoszkowatą maskę oburzenia, chowanie się za moralnością i bijącą po oczach hipokryzję. Skąd tacy ludzie biorą się w polityce? Ktoś ich tam wybrał. Nie zapytam kto, bo boję się otrzymać odpowiedź.

 

Nieme kino cd.

17 paź

Najwyższy czas oderwać się od polityki, tragedii tu i tam, i napisać coś o kulturze. A jeśli jest to kultura nie taka znowu niska to tym lepiej.

Po seansie stwierdzam, że stare filmy faktycznie mają to coś. Niepowtarzalny klimat, o którym współcześnie można tylko zamarzyć. Nikt nie je popcornu, nie siorbie coli. Jednego i drugiego bardzo mi brakowało, ale trzeba trzymać fason. Tym bardziej, że głupio byłoby przeszkadzać muzykom, robiącym za ścieżkę dźwiękową.

W sumie według mnie najmocniejszą stroną tych filmów jest właśnie muzyka. To ona, a nie gra aktorów z zeszłego wieku tworzy przyjemny, odprężający nastrój. Jeśli już jesteś znudzony/a możesz po prostu zamknąć oczy i słuchać. Tak też jest fajnie.

Na 8 Święcie Niemego Kina nie było jednak tłumów. Bez problemu można było dostać bilet, a pani kasjerka tylko potwierdziła moją obserwację, że filmy nieme nie cieszą się zbyt wielką popularnością. Prawdopodobnie winą należy obarczyć Warszawski Festiwal Filmowy, który odbywał się równolegle. Mnie jednak to wyjaśnienie nie do końca przekonuje.

A szkoda, że ludzie nie chodzą na stare (a raczej bardzo stare) filmy. Mogliby się na przykład dowiedzieć, że w „Fauście” z 1926 roku były lepsze efekty specjalnie niż w polskich filmach obecnie, biorąc pod uwagę choćby „Wiedźmima”. Okazuje się, że i bez komputera można przyjemnie zaskoczyć widza.

Faust

Jednak pomimo wypasionych jak na tamte czasy efektów to nie „Faust” podobał mi się najbardziej. Dużo lepsza była „Szkarłatna litera” (1926) . Może to niepowtarzalny humor, może gra Lilian Gish, ale już wiem dlaczego uznano ten film za jedno z najlepszych dokonań adaptacyjnych kina niemego.

Film nadal urzeka, po prawie wieku od premiery. To zadziwiające i nieco straszne, że nieraz patrząc wstecz można dostrzec, że postęp którym się chlubimy nie wszędzie nastąpił. Forma zastąpiła treść, a komercja – sztukę.

 
 

8 Święto Niemego Kina

13 paź

Podobno nie każdy lubi. Ja się przekonam już wkrótce.

 

 
 

Studencka Polska w żałobie

24 wrz

Nastał smutny czas. Już nie pierwszy raz się łudzę, że to jednak nie nastąpi. No, ale cóż, trzeba zacisnąć zęby i wracać do szarej, niezbyt przyjemnej rzeczywistości. „Nic nie może wiecznie trwać” jak śpiewała jedna pani dość dawno temu, a jednak nie traci to na autentyczności.

Dla jasności, gdyby ktoś nie wiedział o czym mowa, chodzi o rok akademicki. Niby jeszcze przyszły tydzień, ale po co się oszukiwać. To już nie będzie luźny tydzień, ale mniej lub bardziej gorączkowe przygotowywanie się do tego co ma nastąpić.

Trzeba iść przywitać się z kolegami, z tymi których się lubi, a także (jeszcze serdeczniej) z tymi, których się nie lubi. Trzeba dowiedzieć się co z dojazdem, czy już cała droga jest rozkopana w służbie Euro, czy też można przejść/przejechać/przepłynąć jakąś nieużywaną ścieżką. Trzeba wreszcie dowiedzieć się czy i jakich spustoszeń dokonał osławiony już system boloński.

Nie bez znaczenia jest także plan zajęć, gdyż okienka czasami potrafią być 5-godzinnymi oknami, a ze studiów dziennych robią się studia wieczorowe, chociaż nikt nie wie dlaczego tak się stało.

Serdecznie współczuję doktorantom, którzy będą musieli prowadzić zajęcia. Szczególnie tym, którym nikt za to nie płaci, a wiele wymaga (czyli większości).

Może niektórzy się cieszą. Straceńcy, nie wiecie co czynicie. Jednak mam przeczucie, graniczące z pewnością, że i im przejdzie po pierwszych kilku dniach (ewentualnie po drugich ćwiczeniach, czyli daję im około dwóch tygodni).

Na osłodę jest tylko ten weekend. Jedyne co można zrobić to wykorzystać go w pełni. Grill z przyjaciółmi/rodziną nie jest najgorszym rozwiązaniem. Sezon grzybowy trwa, więc warto coś przykosić. Jeśli ktoś nie lubi lasów, to polecam wycieczkę nad wodę. Nawet nie żeglując można poobserwować widoki.

Zdjęcia na zachętę:


(dla grzybiarzy)

 


(dla wilków morskich)

 


(dla leni)

 

 

Obiecana relacja ze Zjazdu

19 wrz

Relacja z XIV Zjazdu Socjologicznego w Krakowie: http://www.mojasocjologia.pl/news.php?readmore=61